Ostatnie dni naszej wspólnej podróży minęly nam bardzo przyjemnie. Okolice góry Fuji są naprawde przepiekne i dzięki naszemu szczęściu było nam dane je podziwiać wraz z bardzo miłym japończykiem-bogaczem na emeryturze. Bardzo nas rozbawiło jego stwierdzenie, gdy pokazywał nam swoje dwa nieużywane, wielkie apartamenty : “Troche jestem bogaczem ” (boku wa chotto okane-mochi). Wjechaliśmy do połowy góry Fuji, skad podziwialiśmy okolice , a po wycieczce relaksowalismy sie przy muzyce lat 70 i whisky.
Rano, razem ze “starym” pojechaliśmy do miasta Shizuoka ,które leży nad Pacyfikiem . Wzięliśmy na wynos z McDonalda po zestawie Teriyaki Burgera i poszlismy na plażę nacieszyć sie lunchem w amerykańskim stylu. Po pożegnaniu naszego przyjaciela nadszedl szas na mały odpoczynek od podróżowania. Postanowiliśmy, że pierwszy raz w naszej wyprawie zrobimy sobie dzień na plaży . Kąpiel w oceanie i opalanie było bardzo przyjemne jednak zaowocowało lekkimi poparzeniami i wieczór musielismy przesiedzieć w zimnej rzece.
Po dniu na plaży, spotkalismy instruktora kick-boxingu, który zaprosił nas do swojego domu na kąpiel i obiad. Niebyłoby w tym nic dziwnego,gdyby nie to, że bylismy na plaży sami, a on podszedł z ciekawości zobaczenia samobójców,którzy kąpią się w miejscu, gdzie prądy są wyjatkowo silne i wskaźnik topielców jest dość wysoki. Zakumplowaliśmy się z nim szczerze -był mniej więcej w naszym wieku (ok.35 lat :) . Zaraziliśmy go troche szaleństwem i namówiliśmy na nocną kąpiel w rzece i masaż pod 6-metrowym wodospadem.
Kolejnego dnia czekało nas rozdzielenie się i wyjazd w dwie różne strony . Po zjedzeniu pożegnalnego loda w czekoladzie na koszt Marcina, ustawiliśmy się naprzeciwko siebie i pognaliśmy każdy w swoją drogę.
Do Tokio udało się dojechać po zmroku. Gość, który mnie podwiózł był mieszkańcem północnych krańców miasta, więc miałem okazje przejechać autostradą przez centrum! Rewelacyjnie ! Wieczór w bardzo przyzwoitym apartamentowcu minęla na rozmowach przy piwie i sake wraz z synem (19 lat) i jego kumplami. Przed pójściem spać Hiro-san ofiarował mi prawdziwe KIMONO . Byłem niezmiernie tym darem zaskoczony i pomyślałem, że gościowi sake uderzyła do głowy . Nic z tych rzeczy – ranem wykazywał taki sam entuzjazm wręczeniem prezentu.
Dwa dni do odlotu z Narity trzeba było spożytkować jak należy . Nadrobiłem co większe zabytki Tokyo – Pałac Cesarski, największą światynie znajdującą się w dzielnicy Asakusa oraz Park Koishikawa Korakuen . Wieczorem zdecydowałem się na spacer po sklepach z mangą w Akihabarze i zakup 3 tomików GTO – jako motywację do nauki japońskiego . Noc oczywiście spędzona w tradycyjnym stylu typowych japońskich bezdomnych – Na dużym kamieniu w parku Ueno. Taka forma wypoczynku niezbyt mi się spodobała i kolejny nocleg postanowiłem zorganizować na terminalu Narita. Mały spacer po Tokio i relaks w klimatyzowanym pociągu pędzącym na lotnisko .
Nie był to najlepszy pomysł , gdyż rzesze amerikanów i innych niemców na lotnisku sprawiły, że już zaczynałem tęsknic za sielankowym życiem na japońskiej wsi , a startujące samoloty przynosiły myśl końca podrózy. No ale nic . Wszystko co dobre kiedyś się kończy . Ostatnie pożegnalne kaiten – sushi w knajpce i hop do samolotu do Moskwy . Miałem fart. Pogoda była niezwykle przejrzysta i mogłem podziwiać z góry rozciągającą się metropolię Tokio i góre Fuji w oddali – widok niesamowity!
Przy przesiadce miałem bardzo miłe porównanie kultury rosjan i japończyków. Pani celnik z wyraźną dezaprobatą dla mojej znajomości języka rosyjskiego po 3 sekundach straciła cierpliwośc i wydarła mi bilet lotniczy mamrocząc coś pod nosem. Japończyk prędzej by popełnił harakiri niż zrobił coś takiego .
Całe szczęście, że Okęcie jest tak blisko drogi wylotowej na Kielce ! Ostatni stop i już siedziałem w domu dziadków jedząc babciny obiad ! Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – właśnie tego trzeba człowiekowi po cieżkiej wędrówce przez świat. Wieczorem poszliśmy na koncert szkoły muzycznej i filharmonii . Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego i Gaude Mater Polonia brzmiały wyjątkowo . Ojczyzna i własny dom to świetna rzecz. Można się rozbijać po róznych krajach nawet takich jak Japonia ,w których standard życia jest o niebo lepszy . Swój kraj ,dom i rodzina stoi zdecydowanie ponad tym .
Przygody podczas podróży to niezła odskocznia od rzeczywistości . Wszystko dzieje się szybko i w wyniku zbiegu okoliczności . Nasza podróż nie miała konkretnych planów, a jedyne co było zaplanowane to podróż koleją transsyberyjską. Nigdy nie wiadomo co wydarzy się następnego dnia – może miła niespodzianka a może nie i na tym polega cały urok tego typu wypraw . Gdybyśmy to wszystko zaplanowali , nie byłoby to takie ekscytujące i nie dawałoby tyle radości. Nie jest to co prawda w pełni bezpieczne, ale jak to mówią : “kto nie ryzykuje , ten nie żyje” , co prawda mówią też “kto ryzykuje żyje krótko”.
Marcin został jeszcze w Japonii i na pewno napisze jeszcze na tym blogu o swojej podróży i wstawi zdjęcia,gdyż to on ma aparat. Jednak nasza wspólna wędrówka już się skończyła.
Dziękuję bardzo wszystkim za śledzenie naszych kroków i przygód a także za wspieranie nas codziennie. Przepraszam też, że nie pisaliśmy częściej, ale uwierzcie że czasem nie było to możliwe.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
Bartek Grzybkowski












































































