Ostatnie dni i powrót na Ziemię (Bartek)

Ostatnie dni naszej wspólnej podróży minęly nam bardzo przyjemnie. Okolice góry Fuji są naprawde przepiekne i dzięki naszemu szczęściu było nam dane je podziwiać wraz z bardzo miłym japończykiem-bogaczem na emeryturze. Bardzo nas rozbawiło jego stwierdzenie, gdy pokazywał nam swoje dwa nieużywane, wielkie apartamenty : “Troche jestem bogaczem ” (boku wa chotto okane-mochi). Wjechaliśmy do połowy góry Fuji, skad podziwialiśmy okolice , a po wycieczce relaksowalismy sie przy muzyce lat 70 i whisky.

Rano, razem ze “starym” pojechaliśmy do miasta Shizuoka ,które leży nad Pacyfikiem . Wzięliśmy na wynos z McDonalda po zestawie Teriyaki Burgera i poszlismy na plażę nacieszyć sie lunchem w amerykańskim stylu. Po pożegnaniu naszego przyjaciela nadszedl szas na mały odpoczynek od podróżowania. Postanowiliśmy, że pierwszy raz w naszej wyprawie zrobimy sobie dzień na plaży . Kąpiel w oceanie i opalanie było bardzo przyjemne jednak zaowocowało lekkimi poparzeniami i wieczór musielismy przesiedzieć w zimnej rzece.

Po dniu na plaży, spotkalismy instruktora kick-boxingu, który zaprosił nas do swojego domu na kąpiel i obiad. Niebyłoby w tym nic dziwnego,gdyby nie to, że bylismy na plaży sami, a on podszedł z ciekawości zobaczenia samobójców,którzy kąpią się w miejscu, gdzie prądy są wyjatkowo silne i wskaźnik topielców jest dość wysoki. Zakumplowaliśmy się z nim szczerze -był mniej więcej w naszym wieku (ok.35 lat :) . Zaraziliśmy go troche szaleństwem i namówiliśmy na nocną kąpiel w rzece i masaż pod 6-metrowym wodospadem.

Kolejnego dnia czekało nas rozdzielenie się i wyjazd w dwie różne strony . Po zjedzeniu pożegnalnego loda w czekoladzie na koszt Marcina, ustawiliśmy się naprzeciwko siebie i pognaliśmy każdy w swoją drogę.

Do Tokio udało się dojechać po zmroku. Gość, który mnie podwiózł był mieszkańcem północnych krańców miasta, więc miałem okazje przejechać autostradą przez centrum! Rewelacyjnie ! Wieczór w bardzo przyzwoitym apartamentowcu minęla na rozmowach przy piwie i sake wraz z synem (19 lat) i jego kumplami. Przed pójściem spać Hiro-san ofiarował mi prawdziwe KIMONO . Byłem niezmiernie tym darem zaskoczony i pomyślałem, że gościowi sake uderzyła do głowy . Nic z tych rzeczy – ranem wykazywał taki sam entuzjazm wręczeniem prezentu.

Dwa dni do odlotu z Narity trzeba było spożytkować jak należy . Nadrobiłem co większe zabytki Tokyo – Pałac Cesarski, największą światynie znajdującą się w dzielnicy Asakusa oraz Park Koishikawa Korakuen . Wieczorem zdecydowałem się na spacer po sklepach z mangą w Akihabarze i zakup 3 tomików GTO – jako motywację do nauki japońskiego . Noc oczywiście spędzona w tradycyjnym stylu typowych japońskich bezdomnych – Na dużym kamieniu w parku Ueno. Taka forma wypoczynku niezbyt mi się spodobała i kolejny nocleg postanowiłem zorganizować na terminalu Narita. Mały spacer po Tokio i relaks w klimatyzowanym pociągu pędzącym na lotnisko .

Nie był to najlepszy pomysł , gdyż rzesze amerikanów i innych niemców na lotnisku sprawiły, że już zaczynałem tęsknic za sielankowym życiem na japońskiej wsi , a startujące samoloty przynosiły myśl końca podrózy. No ale nic . Wszystko co dobre kiedyś się kończy . Ostatnie pożegnalne kaiten – sushi w knajpce i hop do samolotu do Moskwy . Miałem fart. Pogoda była niezwykle przejrzysta i mogłem podziwiać z góry rozciągającą się metropolię Tokio i góre Fuji w oddali – widok niesamowity!

Przy przesiadce miałem bardzo miłe porównanie kultury rosjan i japończyków. Pani celnik z wyraźną dezaprobatą dla mojej znajomości języka rosyjskiego po 3 sekundach straciła cierpliwośc i wydarła mi bilet lotniczy mamrocząc coś pod nosem. Japończyk prędzej by popełnił harakiri niż zrobił coś takiego .

Całe szczęście, że Okęcie jest tak blisko drogi wylotowej na Kielce ! Ostatni stop i już siedziałem w domu dziadków jedząc babciny obiad ! Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – właśnie tego trzeba człowiekowi po cieżkiej wędrówce przez świat. Wieczorem poszliśmy na koncert szkoły muzycznej i filharmonii . Dźwięki Mazurka Dąbrowskiego i Gaude Mater Polonia brzmiały wyjątkowo . Ojczyzna i własny dom to świetna rzecz. Można się rozbijać po róznych krajach nawet takich jak Japonia ,w których standard życia jest o niebo lepszy . Swój kraj ,dom i rodzina stoi zdecydowanie ponad tym .

Przygody podczas podróży to niezła odskocznia od rzeczywistości . Wszystko dzieje się szybko i w wyniku zbiegu okoliczności .  Nasza podróż nie miała konkretnych planów, a jedyne co było zaplanowane to podróż koleją transsyberyjską. Nigdy nie wiadomo co wydarzy się następnego dnia – może miła niespodzianka a może nie i na tym polega cały urok tego typu wypraw . Gdybyśmy to wszystko zaplanowali , nie byłoby to takie ekscytujące i nie dawałoby tyle radości. Nie jest to co prawda w pełni bezpieczne, ale jak to mówią :  “kto nie ryzykuje , ten nie żyje” , co prawda mówią też  “kto ryzykuje żyje krótko”.

Marcin został jeszcze w Japonii i na pewno napisze jeszcze na tym blogu o swojej podróży i wstawi zdjęcia,gdyż to on ma aparat. Jednak nasza wspólna wędrówka już się skończyła.

Dziękuję bardzo wszystkim za śledzenie naszych kroków i przygód a także za wspieranie nas codziennie. Przepraszam też, że nie pisaliśmy częściej, ale uwierzcie że czasem nie było to możliwe.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

Bartek Grzybkowski

Opublikowano Japonia | 9 komentarzy

Gimnazjalistki w Jukatach, czyli za co kochamy japonskie wiejskie festiwale!

Stop powrotny – fajnie. Wymagania co do standardu zwiekszaja sie wraz z iloscia i jest to juz inny typ wyprawy – stajemy sie coraz bardziej wybredni. I jak nie dostajemy posilku to dostajemy piany. Oczywiscie byle jaki posilek sie nie liczy.

 Pierwsi spotkani mieszkancy Hokkaido, ktorzy podwiezli nas 100km rowniez zaprosili do domu, wczesniej zabierajac na sushi. Tym razem dom sie nie rozpadal jak w przypadku Yoo-sana. Byl to bardzo stylowy domek a malzenstwo na rencie, ktore w nim mieszkalo zajmowalo sie tradycyjnymi rzeczami takimi jak; kyudo – japonskie lucznictwo , gra na instrumentach ;shimasen i koto. Rano odwiezli nas kolejne kilometry i za kilka godzin wskakiwalismy juz na prom powrotny na Honsiu. Wieczorem znalezlismy sie na naszej ulubionej miejscowce do spania – Terminal Aomori !

OK . Teraz droge do Tokyo zaplanowalismy wzdluz wybrzeza Morza Japonskiego . Od rana jedlismy tylko udon, a w dodatku koles, ktory zabral nas 400km na poludnie nie postawil nam zadnego jedzenia, nawet picia ! – to sie nazywa japonska bezczelnosc ;)

Jednak prawie dwa dni nic-niejedzenia wynagrodzila nam pani prezes okolicznej fabryczki. Zaprosila nas na nocleg i wyzerke numer 1 naszej wyprawy.. grubo zakrapiana Asahi. Poznej do nocy rozmawialismy z cztero-pokoleniowa rodzina , pisalismy znaki kanji i ogladalismy znanego japonskiego bohatera kreskowek “anpan-mana” .

Po nocy na super wygodnych futonach, grubym sniadaniu i lunchu wrocilismy do lapania stopa. Bylismy na stacji przed miejscowoscia Sakikawa, ktora pozniej polubilismy najbardziej …

Zabrala nas tam rodzinka i powiedziala, ze szykuje sie wielkie Matsuri ,czyli festiwal. Jako ze lubimy tego typu rozrywke powiedzielismy ze zostajemy. Zabrali nas do piekarni. Troszke nie mogac sie z nimi dogadac weszlismy do srodka . A Tam czekala na nas … robota ! Pierwszy raz od wielu dni moglismy cos dla kogos zrobic a nie odwrotnie. Zawijalismy ciasteczka ryzowe na festiwal (ok 3,000 !) . Pracowalismy ciezko przez godzine czy dwie jednak jak prawdziwi chinczycy dostalismy za nasz pot po misce ryzu .

Pozniej okazalo sie ze gratisow bylo wiecej. Ogladalismy tance-hulance japonczykow, a pozniej razem z licealistami udalismy sie do ofuro ( lazni ) – ubaw byl przedni. Marcin znalazl wspolny jezyk z fanem anime i mistrzem tanca zarazem , ponadto mial tez dusze muzyka i razem spiewalismy openingi z anime. Kolejna czescia festiwalu byly piekne Hanabi (jap. ogniste kwiatki) czyli fajerwerki. Nasze noworoczne wypadaja mizernie przy tych. Po ok. godzinnym pokazie poszlismy na impreze na powietrzu. Wszyscy tanczyli, bawili sie i robili sobie zdjecia z najwiekszymi atrakcjami – mna i Marcinem. Tam poznalismy tez przesympatyczna pare nauczycieli angielskiego z Florydy, ktorzy zaproferowali nam nocleg – zaczynalismy tesknic za namiotem.. Krotka rozmowa przy herbatce z anglikami, bedacymi u nich w goscinie i calonocne zbieranie sil na jutrzejasza atrakcje – Tarmoszenie Weza!!!

(Tutaj do klawiatury dobiera sie Marcin, aby kontynuowac opowiesc…)

A trzeba przyznac, ze waz byl naprawde potezny. Mowa tu oczywiscie o najwiekszym na swiecie wezu, ktorego bylo nam dane wspolnie z bartkiem dzwigac. Wykonany byl z suszonej trawy, wazyl ponad dwie tony i meczylo sie z nim ponad 500 osob. Nosilsmy go ponad dwie godziny ulicami miasta, na pamiec legendarnego wydarzenia, ktore mialo miejsce setki lat temu.
Calej ceremonii towarzyszyly spiewy, przekaski i napitki. Panowala naprawde wspaniala, braterska atmosfera i nie przeszkadzal nawet piekielny bol ramion. Zmeczeni po ciezkiej robocie, a docenieni przez tubylcow, zaczelismy raczyc sie darmowym jadlem i napitkami. Poznalismy wiele dziewczat, z ktorymi laskawie dalismy sie sfotografowac, co oczywiscie wywolalo fale piskow i niemal omdlen. W podobny sposob zostalismy rowniez zaproszeni na after party…

Naszym gospodarzem byl czlowiek, z ktorym dzwigalem wspolny kawal wezowego zadku. Tam oczywiscie wspolne rozmowy, zarty, strumienie piwa, sake, wina, gory swiezo zgrilowanego miesiwa, najlepsze sushi i sashimi, takoyaki, yakisoba, pyszne lody i jeszcze slodsze dziewczeta…

Lecz zanim nasze grono zostalo wzbogacone o plec piekna, poszlismy zarzyc kapieli w nurtach najczystszej rzeki w Japonii.
Bylo milo i przyjemnie – lapanie ryb z dziecmi, pryskanie sie woda, palenie ogniska – czysta sielanka. Nasze zoladki i zaschniete gardla zmusily nas jednak do odwrotu w strone uginajacych sie stolow. A tam czekala na nas Amu-chan wraz ze swoja przyjaciolka.

Dziewczeta okazaly sie niezwykle towarzyskie i pragnace kontaktu z obca kultura. Jednym slowem nie odstepowaly nas na krok. Wielce pomocna okazala sie ich szczatkowa znajomosc angielskiego – byly to uczennice naszej amerikany. Razem bawilismy sie, zajadalismy lodami, uczylismy sie polskiego i japonskiego a wieczorem, po wystrzeleniu wszystkich sztucznych ognii, wybralismy sie na spacer, aby dziewczeta oprowadzily nas po okolicy. Bylismy mocno wstawieni wiec rzucilismy sie w rzeczne odmety. Po przedniej zabawie, ktora jednak zakonczyla sie kilkoma ranami i siniakami, wrocilismy do sali, aby wyczyscic ostatnie butelki sake i polmiski z jedzeniem. Po zakonczeniu zabawy, dziewczeta wraz z (o dziwo) niepijaca matka odwiozly nas pod dom amerikanow, gdzie zaoferowano nam drugi nocleg z wyzywieniem.

Rano Emi and Kevin zawiezli nas do Niigaty. W portowej dzielnicy pelnej rosjan i innych brudasow z Indii, zjedlismy super pakistanskie curry (na koszt United States of America).

Po pozegnaniu z amerikanami lapalismy stopa na autostradzie, gdzie po raz pierwszy zabraly nas dwa auta. Mlodzi ludzie okazali sie wracac z jakiejs wystawy mieczy samurajskich. Mieli tylko po jednym miejscu w kazdym z samochodow, wiec musielismy sie rozdzielic. Ale za to stop jechal pod samo Tokio!

W pierwszym jechal 35letni szefo z 22 letnia dziewczyna (ktora pol drogi spala mi na ramieniu…) – czytaj nuda. Ale za to w drugim, kwiat japonskich mlodziencow. Cala drogi zeszla nam na sprosnych zartach, nauce przeklenstw, erotycznych historiach i takich tam bajerach.

Ranek w Tokio byl zly. Caly dzien marszu w goraczce i kilka nieudanych prob zrobienia automat do napojow w konia.
Jednak najwieksza atrakcja czekala na nas wieczorem. Ot tak, zostalisny ochrzczeni xD

Zmarnowani szlismy ulicami jednej z dzielnic Tokio, Ogikubo, gdy nagle podszedl do nas starszy pan, by zaprosic nas do kosciola. Nie mielismy nic lepszego do roboty, a garnitur tego pana wygladal na bardzo drogi, wiec ochoczo skorzystalismy z owej oferty. Tam przwitali nas elegenccy mlodziency, zostalismy zaprowadzeni z honorami do specjalnej sali, gdzie czekal wyborny acz skromny poczestunek. Starszy pan, ktory okazal sie byc Arcybiskupem, wytlumaczyl nam czym jest ow kosciol. Otoz to nie byli ani katolicy ani protestanci. Chrzescijanie owi sluchali tylko Biblii, nie dodajac nic od siebie. To jakis kosciol apostolski czy cos w ten desen. Zapytano sie nam, czy nie chcielibysmy otrzymac blogoslawienswa ducha i wody. Nie widzac powodow aby odmowic, zgodzilismy sie. Nastepnie, kierujac sie wskazowkami bezposrednio z Biblii, wraz z biskupem zmienilismy ubranie na sniezno biale szaty, odmowilismy w trojke modly i udalismy sie do chrzcielnicy. Tam biskup ochrzcil nas dokladnie tak, jak robil to Chrystus. Nastepnie umyl nam stopy (fajnie, co nie? Byly mocno brudne, ale co to dla biskupa xD). Nowo narodzeni nie moglismy glodni spac na ulicy, wiec nasz nowy przyjaciel postawil nam nocleg w tradycyjnym japonskim hotelu i zaprosil na niezla wyzerke w zachodnim stylu. Potem tylko zwiedzanie miasta i powolny relaks w hotelu czytajac mangi i ogladajac japonskie seriale.

Ok, ta doskonale szkocka whisky, ktorej tyleeeeee wyyypileeem dzis wieczorem, kaze mi udac sie na spoczynek, wiec na tym koniec. Dzis spimy u niezlego bogacza w rezydencji po gora Fuji, ale o tym w nastepnym odcinku.

A, co do powrotu, to nie moge nic powiedziec na 100%. Przemyslalem troszke sprawe i wybralem najlepsza mozliwa (moim zdaniem) opcje. Zaaplikuje na druga rekrutacje do Poznania na historie. Jesli znalezienie pracy w Osace okaze sie niemozliwe, w polowie pazdziernika przylece na studia do Polski. Projekt wymaga dopracowania szczegolow, ale wszystko bedzie dobrze. Chyba.

Pozdrowionka spod gory Fuji!
Marcin, Bartek and Scotch Whisky.

.

Opublikowano Japonia | 5 komentarzy

Polnocna Morska Droga

Przebylismy nieduzy dystans jaki dzielil Honsiu i Hokkaido promem bez wilkich przygod wysiadajac w malej miescnie ok 300 km od Sapporo. Kompletnie splukani nie majac szans na jakikolwiek zarobek muzyka poszlismy lapac stopa . Szlo to jakos niemrawie przez co nocleg musielismy zorganizowac w miejskim parku , przedtem na kolacje jedzac jeden udon na spolke. Jednym slowem Hokkaido zwidzanie wyspy nie zaczelo sie zbyt optymistycznie.

Rano jednak Szczescie dopisalo i miejscowy muzyk ( tym razem kolega po fachu – skrzypek) wzial nas prosto do Sapporo. Po drodze zaprosil na miejscowy specjal , czyli kraba. W samym miescie zabawilismy jeden dzien – zwiedzajac i raczac ludzi muzyka – ile mozna zyc bez pieniedzy ! Aa.. zetknelismy sie tez z drobnym zlodziejstwem lub wielkimi checiami jego dokonania.Mianowicie po zwiedzaniu swiatyni Shinto , ku naszemu zdziwieniu moj plecak byl otwarty . Dookola bylo troche bialego proszku i opakowanie po ` slodkiej chwili` . Od tej chwili mamy oczy i uszy otwarte.

Ale miasto jak miasto . Po noclegu pod mostem naszla nas chec wielka na podrozowanie po wsiach i lasach dla odmiany. Tego dnia zaopiekowal sie nami biolog z miejscowosci Kitami . Zjedlismy razem lunch i ruszylimy na wyciczke . Pokazywal nam miejscowe wodospady, strumienie,wawozy i bagna przy okazji robiac zdjecia i notatki. Wycieczka skonczyla sie nad malym jeziorem . Perwszy raz na naszej wyprawie biwakowalismy na polu namiotowym jak normalni ludzie – niezbyt nam sie to podobalo a do tego komarow byly miliardy. Moglo byc gorzej. Moglo padac… i padalo . Ale co to dla nas . Rano wzielisy nogi za pas i slyszac o niezwyklym zabytku przyrody na wschodzie pognalsmy w jego strone. Gdy dotarlismy do miasta akazalo sie ze bilety wstepu przekraczaja nasz budzet . no nic tak bywa . ale co pieknych widokow sie naogladalismy w drodze…

Hokkaido ogolnie odbiega nieco wygladem od reszty Japonii . Pierwsza roznica, ktora rzuca sie w oczy to to ze nie hoduja wylacznie ryzu – sa owoce, warzywa , najwiecej kukurydzy (ktora ratowala na zycie gdy nie mielismy co jesc. Duzo farm ze zwierzatami , pieknych gor . Nawet zabudowa miejska i wiejska jest mniej zwarta niz na Honsiu – troche przypomina Europe.

Wczoraj zlapalismy epickiego stopa marzen. Bardzo mila para zaprosila nas do domu na noc . Domek stal na wsi i byl dosc skromny. Po dotarciu do niego facet zabrl nas do naszego ukochanego onsena ( jak dobrze sie wykapac!) po przyjezdzie zjedlismy pyszna kolacje – m.i. sashimi , kalmara , kurczaka … Wieczorem gralismy na skrzypcach i gitarze popijajac moje ulubione Asahi . Rano wedrowcy dostali rownie smaczne sniadanie i opierunek na caly dzien – byl to bardzo mile spedzony czas .  To jest wlasnie Japonia jaka chcielismy poznac . Zycie prostych ludzi , kultura , zwyczaje , zycie codzienne .

Wrocilismy do Sapporo i gdyby nie koszt biletow na prom spowrotem juz jechali bysmy do Hakodate skad mamy prom . Najpierw jednak troche grania i mozna ruszac w strone Tokyo . Wyprawa ma sie juz ku koncowi . Czekamy jednak co przyniesie nam powrot do stolicy . Zobaczymy co przyniesie nam ostatnie 1000 km na poludnie.

Pozdrawiamy

Opublikowano Japonia | 14 komentarzy

Ucieczka od goraczki, czyli Hokkaido wita!

Witamy i przepraszamy za tak dluga przerwe w pisaniu. Niestety ten post rowniez bedzie krotki.

Bezpiecznie dotalismy do hiroszimy, gdzie dostalismy od milego pana na emeryturze 150 zlotych + 75 w dobrach materialnych aby spokojnie `zwiedzic okolice`. Pokrzepilo nas to bardzo na duchu, wiec szybkim krokiem obejrzelismy miejsce gdzie spuszczono bombe atomowa (strefa zero) gdzie bartek raczyl ludzi muzyka wieniawskiego i bacha. Strudzeni upalem zjedlismy pyszne okonomiyaki, zrobione na naszych oczach przez wprawnego kucharza. Po noclegu nad rzeka, gdzie prawie nas zalalo, bo woda plynela raz w jedna a raz w druga strone (ktos sie bawil tama) zlapalismy stopa do Osaki. Tam uraczylem sie tym co otaku lubia najbardziej a sklepy z manga i anime staly sie moim drugim domem. Kolejny nocleg w parku i pojechalismy do Kyoto, ktore zachwycilo nas wspanialymi zabytkami, pysznymi tradycyjnymi slodyczami i japonczykiem ktory mowil po polsku.

Kolejny przystanek to najwieksze japonskie jezioro, Biwako. Podziwialismy tam Hanabi, czyli sztuczne ognie, ktorymi japonczyc urozmaicaja sobie kazdy wieczor w parkach czy nad rzeka. Z nad jeziora udalismy sie wprost do Tokyo. Kierowca naddal sporo drogi aby odstawic nas do centrum i zabrac do jednego z najwyzszych tokijskich budynkow, gdzie jest punkt widokowy. Tokyo noca robi oszalamiajace wrazenie. Jest to jak na razie nasze ulubione miasto – pelne roznych ludzi, ciekawych miejsc i tetniace zyciem przez cala dobe. Tam mielismy dwa noclegi. W parku w centrum miasta, w dzielnicy Shibuya (tuz przy obozie bezdomnych) a drugi kolo boiska bejsbolowego, nad rzeka Arakawa (under the bridge ^^).

Z tokyo powoli toczylismy sie spokojna okolica, wszystkich zadziwiajac tym, ze jedziemy AZ NA HOKKAIDO?! Bylismy raczeni darmowym jedzeniem i napitkami masci wszelakiej, az w koncu, gdy stalismy bezradni na parkingu przy autostradzie, zdesperowany podszedlem aby zagadac do pierwszego lepszego japonczyka, ktory akurat wsiadal do samochodu. Zgodzil sie, a na dodatek przenocowal nas i nakarmil u siebie w domu. Okazal sie on klarnecista, wiec znalazl z bartkiem wspolny temat to rozmow sie on klarnecista, wiec znalazl z bartkiem wspolny temat to rozmow, a ja zajalem sie podziwianiem jego domu, ktory nam sie bardzo spodobal.

Rano pojechalismy dalej na polnoc. Pierwszy stop dal nam zimna kawe i 40 zlotych na drobne wydatki. Kolejny stop zabral nas prosto nad ocean, gdzie poswieclismy sie zabawie w ogromnych falach pacyfiku. W nastepnej miejscowosci zabrala nas przemila japonka pracujaca w amerykanskiej bazie wojskowej (ah jak milo sobie pogadac po angielsku dla odmiany) ktora nakarmila nas i napoila piwem ASAHI SUPAA DORAI. Wysadzila nas prosto w przystani promowej a aomori, gdzie od razu trafilismy na parkingowa impreze. Zaopiekowala sie nami para biznesmenow, ktora poila nas tak zwanym `supaa chaadzii` (super charge, super doladowanie) czyli woda sodowa z whisky dodatkowo wzmacniana. Z naszymi `Tatusiami` udalismy sie na zakupy, gdzie obdarowali nas drogimi zestawami sushi, owocami i napojami. Po malym koncercie rzucli jeszcze gotowka na jutrzejszy prom na Hokkaido…

PS. Kuba pisz na Akihabarajin@gmail.com

Pozdrowienia dla wszystkich!

Opublikowano Japonia | 4 komentarzy

Nippon Banzai !!!

Witamy po dlugiej przerwie! Krotka notka, bo zaraz zaczyna sie lekcja angielskiego.
Z tsingdao szczesliwie KUPILISMY bilety na japonski prom yutopiya, gdzie czekala na nas wspaniala wanna, pyszne jedzonko oraz nocleg we wspolnej sali.

Pierwsze wrazenie? Super. Drugie? Niesamowicie. Trzecie? Przecudownie! To co otrzymalismy, przersolo nasze najsmielsze oczekiwania. Dwa dni za nami, a my juz odwiedzilismy trzy onseny, Bartek byl gwiazda na Jam Session, jedlismy super sushi, poznalismy wiele ciekawych osob, ktore goscily nas w domach, kawiarniach, restauracjach, barach etc. Pieniadze? Japonia drogim krajem? My nie wydajemy nic.

Teraz wlasnie czekamy w prywatnej szkole angielskiego aby pokonwersowac z japoneczkami o naszej podrozy. Ciezko jest mi to wszystko opisac. Ludzie sa przemili, miasta i wioski pelne japonskiego ducha – harmonijne i spokojne. Zreszta, nie bede sie teraz rozpisywal, bo nie ma czasu. Wrzuce zdjecia. Ooo! Bylismy juz na festiwalu lampionow! Dziewczyny w jukatach, tradycyjne tance z nutka nowoczesnosci, japonskiegie pysznosci. To trzeba zobaczyc!

Notka chaotyczna, poniewaz ciezko mi sie skoncentrowac aby to dokladnie opowiedziec, ale i na to przyjdzie czas. Aktualnie jestesmy w miasteczku Masuda, na polnoc od Hiroszymy.

W kolejnej notce postaram sie wszystko poukladac i napisac na nowo.

Pozdrawiamy serdecznie!

Opublikowano Japonia | 22 komentarzy

Herbatka po pekinsku

Stolica panstwa srodka – najbardziej oblegane turystycznie miejsce w Chinach. Zarowno przez europejczykow jak i mieszkancow tego kraju.

Nasza przygoda z Beijingiem rozpoczela sie od poszukiwan noclegu. Sytuacja sprawila, ze musielismy zapomniec o tanim hostelu i naszym centrum operacyjnym stal sie “King’s Joy Hotel” (Krolewska przyjemnosc). Zanim zabralismy sie za zwiedzanie, rzucil nam sie w oczy ogrom sluzb bezpieczenstwa, straznikow i czlonkow partii. Stali oni na warcie w roznych (Strategicznych lub nie) punktach miasta. Pewnie maja symbolizowac sile partii, jednak nie robia takiego wrazenia jak brytyjscy wartownicy – ciagle sie wierca, zmieniaja wyraz twarzy, dlubia w nosie. Jednym slowem, chinska podroba.

Pierwszego dnia poszlismy do Swiatyni Nieba. Jest to bardzo ciekawie zaplanowany i starannie wykonany kompleks, sluzacy niegdys cesarzowi za miejsce modlow i skladania ofiar. Po kilku godzinach spedzonych na spacerowaniu, zaglebilismy sie w jeden z licznych, pekinskich hutongow. Sa to szeregowo ustawione, niskie budynki poprzecinane waskimi korytarzami, w ktorych mieszkaja ludzie i mieszcza sie male lokale oferujace przerozne uslugi – od posilku po strzyzenie. Panuje tu ciekawa atmosfera, a zycie ludzi bogatsze jest tutaj w tradycyjne zachowania.

Oslawiona kuchnia chinska? Albo mielismy pecha, albo jest wyjatkowo przereklamowana – potrawy sa przesolone i jest w nich za duzo octu. Brakuje tutaj umiaru, ktory tak cenimy w kuchni japonskiej. Jedyna rzecz, ktora nam naprawde smakowala, to kaczka po pekinsku. Reszta bylam “Ledwo zjadliwa” lub wrecz paskudna. Doskonalym przykladem byl nocny market serwujacy przerozne ciekawostki kulinarne – skorpiony, rozgwiazdy, weze morskie, wszelkie robactwo czy zachwalany specjal – owczy penis. Wszystko drogie i srednio smaczne. Warto przyjsc, ale jako obserwator a nie degustator.

Drugiego dnia czekala nas wielka chinska atrakcja – mur chinski. Spoznilismy sie na umowione spotkanie z kierowca ktory mial nas tam zawiesc, wiec postanowilismy dostac sie tam samodzielnie – autobusem. Po drodze spotkalismy trojke Japonczykow i ich przeurocza chinska przyjaciolke i podziwialismy ten chinski cud razem. Czesc muru na ktorej bylismy, jest ulokowana w przepieknej, gorskiej scenerii. Calosc jest dobrze zachowana, wiec mozna poczuc klimat niespokojunych czasow wojen i zawieruchy. Po jakims czasie rozstalismy sie z Japonczykami, poniewaz nogi odmowily im posluszenstwa i postanowili zjechac na dol kolejka. My doszlismy na calkiem pusty odcinek muru na szczycie wzgorza, tam delektowalismy sie wybornymi widokami, po czym stopem i autobusem wrocilismy do stolicy, gdzie czekala na nas najwieksza pekinska atrakcja – ceremonia parzenia herbaty…

Zaczelo sie calkiem niewinnie – gdy potrzebowalismy pomocy w dotarciu na stacje metra, zaczepily nas dwie tubylczynie plynnie mowiace po angielsku. Po krotkiej rozmowie, zapytaly nas czy nie chcemy sie czegos napic, bo bardzo przyjemnie sie nam gaworzy. Niepodejrzewajac niczego, z radoscia zaakceptowalismy ich propozycje. Zaprowadzily nas do tradycyjnej herbaciarni, gdzie pilismy wysmienite napary oraz zajadalismy sie przekaskami – naszym ulubionym arbuzem. Prawdziwa zabawa zaczela sie, gdy przyszedl czas placenia. Uzgodnilismy, ze kazdy placi za siebie. Gdy pani przyniosla rachunek – 270 yuanow (130 zlotych). Troche przygniotla nas ta kwota, jednak oburzeni bylismy gotowi ja zaplacic. No to wtedy mila pani powiedziala, ze to cena za osobe – miseczka arbuza kosztowala 50 zlotych, male piwo 20, a czajniczek herbaty 150 ZLOTYCH. Niestety jako europejczycy, wywodzacy sie z wyzyszych kregow kultorowych, nie wyszlismy trzaskajac drzwiami, lecz jak glupie losie zaplacilismy rachunek pomniejszony do 370 yuanow za 2 osoby. To byl blad, bylo treba ich wysmiac i wyjsc. Ale coz, czlowiek uczy sie na bledach, a sama ceremonia i herbata byly przednie.

Trzeciego dnia brzydki i przereklamowany plac Tianamen oraz piekne, ogromne lecz zatloczone Zakazane Miasto. Nie bede sie rozpisywal – to trzeba zobaczyc.

Do TianJin dostalismy sie chinskim shinkansenem (330 km/h)!
A noc spedzilismy w samym centrum miasta, spiac na trawie z widokiem na rzeke i ladnie oswietlone kamienice w europejskim stylu. Teraz 30km do portu i lapiemy cos do Japonii, Szanghaju, Qingdao czy Korei – byle blizej do celu.

Pozdrawiamy! Kolejna notka niebawem.

Opublikowano Chiny | 2 komentarzy

日本>中国 czyli stop w Chinach

Nasze wojaze w Panstwie Srodka rozpoczely sie jedna wielka zbiorowa niemoca. Cala nasza ekipa miala problemy zdrowotne i niebardzo palila sie podrozowac. Pierwsza noc w hostelu przeszkadzalo nam wiele, typowych dla chinskich warunkow rzeczy. Zaczynajac od wyjacych co 5 minut pociagow (ok 5 przestaly), przez glosne rozmowy i krzatanie sie chinczykow po upal ( w moim przypadku- wysoka goraczke) – ogolnie koszmar. Rano , po wylaniu na siebie miski z chlodna woda ruszylismy na pociag. Pisalem ze noc byla nieprzyjemna? Pociag byl jeszcze gorszy. Tlumy chinoli brak powietrza i wody przez 7 godzin “lekko” nas poddenerwowaly. Zmeczeni tym wszystkim ruszylismy na wies szukac odpoczynku i warunkow na powrot do zdrowia. Nieprawdopodobnym szczesciem natrafilismy na skosnookiego co mowil po angielsku i byl mniej wiecej w naszym wieku. Sam mieszkal z rodzina w namiocie, nam pozwolil sie rozbic nieopodal i zaprosil na wspolny posilek . Tak poznalismy wspaniala rodzinke i milo spedzilismy wieczor z nastepnym dniem.

Ja wykurowalem sie, a Marcin odzyskal sily na dalsza podroz.Pozegnalismy wiec Pawla i Milosza i wypoczeci i pozytywnie nastawieni do swiata radosnie poszlismy lapac stopa . Pierwsza rzecza okazalo sie to ze nikt nie mowi w zadnym jezyku z pieciu nam znanych. Po dluzszym czasie zlapalismy stopa do prowincjonalnej miejscowosci 50 km dalej. Porozbijalismy sie po miescinie i dalej na Datong do ktorego przyjechalismy pozno w nocy. Wyspalismy sie na budowie niedaleko torow kolejowych ( niezapomniane wrazenia akustyczne ) i ruszylismy na buddyjskie swiatynie .

Pierwsze skarby architektoniczne z dynastii Song i Yuan zrobily na nas wielkie wrazenie , bardzo nam spodobal sie styl buddyjskich swiatyn i zycia mnichow. Odwiedzajac Wiszaca Swiatynie wyobrazalismy sobie ich zycie ponad 200 metrow nad ziemia. Wspomniana przeze mnie swiatynia wymagala 2-godzinnej jazdy w gory – wybralismy autobus tym razem. W gorach zrobilismy sobie maly trekking obfitujacy w piekne widoki. Spalismy na nieduzej skarpie przy jakiejs opuszczonej kapliczce taoistycznej z widokiem na przelom rzeki ,tame w budowie i Wiszaca Swiatynie – ogolnie bajkowo.

Rano wzielismy sie za lapanie stopa. Marnie to szlo i sfrustrowani zaczelismy pokazywac miedzynarodowy znak pokoju do kierowcow, pluc za nimi i rysowac na ulicy: 日本>中国(Japonia > Chiny), a wiadomo nam,ze wiekszosc Chinoli nienawidzi Japoncow takze byla fajna zabawa. W koncu udalo sie jakos wrocic do Datongu. Oczywiscie kierowca domagal sie pieniedzy na koniec podrozy, ale na koniec to on sie moze wszystko … nas to juz nie obchodzi .

Teraz czekamy na pociag do Pekinu – stop zwlaszcza na autostradzie to ,wydaje sie nam, kiepski pomysl .

Ogolnie najliczniejszy narod na swiecie charakteryzuje sie powszechna nieznajomoscia jezyka angielskiego. Oczywiscie wszystkie cechy typu plucie wszedzie ,smiecenie i wpychanie sie w kolejke to norma . Przekonalismy sie o tym juz na granicy z Mongolia. Jest wielu pomocnych ludzi i jak ktos nie zna angielskiego a chce nam pomoc to dzwoni do znajomego lub kogos z rodziny kto zna i ten nam pomaga, nie moge zrozumiec tylko czemu nie chca nam pomagac kierowcy! W Chinach ( najbardziej Marcinowi ) przeszkadza cenzura internetu – strony takie jak youtube czy facebook sa niemozliwe do osiagniecia.

A stwierdzenie 日本>中国 w przypadku stopa sprawdzimy co prawda dopiero w Japonii. Ale zawsze warto miec marzenia…

Pozdrawiamy.

Opublikowano Chiny | 2 komentarzy